Coś się nie możemy rano wygrzebać, w końcu śniadanie i ruszamy. Jakieś 20 minut spacerem do rzeki skrótem, do pirogi i na drugą stronę. Duszę mam na ramieniu, bo jest strasznie chybotliwa, wydaje się, że lekki ruch w którąkolwiek ze stron i się przewrócimy. A mamy trochę sprzętu, który nie może się zamoczyć. Uffff, jakoś dopływamy na drugą stronę, robią drugi kurs i wszyscy jesteśmy na drugiej stronie. Jeszcze trochę spaceru i wsiadamy do auta, jedziemy. Miejsce, gdzie się wczoraj zakopaliśmy trochę ogarnięte, gałęzie, itd. Jedzie - sukces, przejechał. Potem to kilkudziesięciometrowe bajoro - też się udało.
Ale żeby nie było tak słodko - omijamy bokiem kolejne bajoro i znowu stoimy, koła buksują, wszystkie cztery. Znowu ktoś się trafia, wypychają, raz, drugi, trzeci, nawet nie drgnie, ani w tą, ani w tamtą. Nie wygląda to dobrze, Czas mija, godzina, może dwie, kierowca coś kombinuje, gdzieś dzwoni. Podjeżdża jakiś samochód, też Nissan Patrol, lina i nas wyciąga, uffff. Żeby była jasność, to było jedyne auto, jakie widziałem na całej tej drodze.
Jedziemy, ale co jakiś czas kierowca się zatrzymuje, obchodzi samochód, coś jest nie tak. Zatrzymujemy się w jakiejś wiosce - złapaliśmy gumę a zapasu już nie mamy. Za jakiś czas ma przejeżdżać jakieś auto, które podobno pożyczy nam koło. Jest, ale koło nie pasuje, inny rozstaw śrub. Ale pożyczają nam pompkę z klejem i kierowca jakoś załatał dziurę. My w tym czasie tradycyjnie byliśmy lokalną sensacją, kupiliśmy i rozdaliśmy dzieciakom cukierki, dzieci proszą o mydło, szampon, gumkę do włosów, poza tym co na sobie nie mają chyba nic. Rozdajemy co mamy i możemy, smutne to wszystko.
Jedziemy. Ostrożnie i szerokim łukiem omijamy dziurę, w której wczoraj złapaliśmy pierwszą dziurę i w końcu około 15-ej jesteśmy w Belo nad rzeką Tsibirinha. 100km w 6 godzin, nieźle. Oni polecieli naprawiać opony, my na szybko coś jemy, ryż z fasolą:)
Jedziemy do promu, tam jak zwykle czekamy, w końcu przed czwartą wjeżdżamy autem na prom i trochę po piątej jesteśmy po drugiej stronie.
Do Morondavy jakieś trzy godziny jazdy, po drodze na zachód słońca mieliśmy być w alei baobabów, ale bez szans, nie zdążymy.
Więc zachodzące słońce fotografujemy z innymi baobabami, nie takimi majestatycznymi, ale cóż. Zresztą baobabów wszędzie sporo tu.
Po drodze zabieramy jakąś kobietę z chorym dzieckiem, stała przy drodze i czekała na okazję. Do Morondava jakieś 40km, jakby nikt nie jechał, byłoby słabo. Do alei baobabów dojeżdżamy już ciemną nocą, ale i tak zaraz przyszły jakieś dzieci z kameleonem i chciały kasę.
Ostatnie piętnaście minut wybojami i w końcu asfalt, pierwszy raz od Mandrivazo. Do Morondavy już tylko kawałem, tam wysadzamy matkę z chorym dzieckiem i do hotelu. Hotel jakby luksusowy po tych ostatnich, jest woda, prąd, wifi. Idziemy jeść: tanio tu, za porządną i dobrą kolację (krewetki, itd.) dla dwóch osób, kilka piw i soków płacimy jakieś 60zł.