Żeby uniknąć komplikacji, u pobliskiego agenta kupujemy bilety na całą podróż na Ko Samet, koszt 550b od głowy. Cane ok, niorąc pod uwagę, że obejmuje dwa promy, taxi, busa i niewiadomo, co jeszcze.
Rano jakaś plaża, morze i ok. 11-ej wyjeżdżamy. Bez komplikacji docierami do Ban Phe (stąd odchodzą promy na Ko Samet), wcześniej tylko mówią, że bilety na prom musimy załatwić sobie sami i zwracają część kaski. Tutaj wpadamy w ręce agenta, u którego niefortunnie kupujemy tranfer promem i hotel na wyspę. Cenę hotelu mocno stargowałem i dużo, dużo lepsza niż na booking.com, ale za to za prom zapłaciliśmy podwójnie. Trochę to zabolało, bo stanowisko sprzedaży biletów było 50m dalej... Bilet standardowo kosztuje 50b w jedną stronę, nas policzona 100b... Cóż, kładę to na karb pośpiechu, bo ledwo, ledwo zdążyliśmy na ostatnie regularne połączenie na wyspę (17:00). Potem są już tylko speed boaty, których koszt jest podobno stały, ok. 2000b i jak jest kilka osób, to się rozkłada, a jak nie, to nie.
Ko Samet ma dogodne połączenie z Bangkokiem (3-4h) i nie jest taka wyuzdana jak Pattaya, więc z miasta przyjeżdża tu sporo Tajów.
Na wyspoe zaczyna się zbiórka kasy: za wyjście/wejście na nadbrzeże kasują 10b, potem taxi do hotelu 20b i po drodze wjeżdżamy do parku narodowego (szczerze mówiąc, nie stwierdziłem takowego) i to jest koszt 200b. W końcu możemy schować portfele i rozpakować bagaże. Do morza b.blisko, na plaży ciąg knajp, wszystko ładnie podświetlone, sporo ludzi. Morze ciepłe, piasek czysty, widoki niezłe, raj po prostu.